czwartek, 8 grudnia 2011

Różowy zawrót głowy, czyli słów kilka o kontrowersyjnym jajku

Hej ho!

Ach, pamiętam jeszcze te emocje. Śledziłam uważnie kolejne recenzje "różowego jajka" na kolejnych youtubowych kanałach i reakcje oglądających. Nie da się ukryć, że było gorąco, zarówno po jednej jak i drugiej stronie, pytam tylko - co nie zadziałało? przesyt? brak obiektywizmu? może to różowy kolor działa na ludzi jak płachta na byka? hej, to wcale nie takie głupie wytłumaczenie :)) Myślę, że z Beauty Blenderem jest trochę jak z Adele. Jest talent, jest wartość, jest jakość, ale kiedy słyszę jej głos po raz ENTY każdego dnia w radiu, zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno ona potrafi śpiewać?

Do meritum, Beauty Blender to po prostu, obiektywnie rzecz ujmując, dobry produkt. Ma swoje wady, niewątpliwie. Według mnie, dla osób zupełnie nie zafiksowanych na punkcie makijażu totalnie zbyteczny, chociażby przez fakt, że jest to zabawka, która w kwestii opłacalności  nie może się nawet równać z dobrej jakości pędzlem.  Jednak zdecydowanie nie mogę zgodzić się z opinią, że dobre rzeczy powiedziane o różowym jajku to ściema. Bo tak nie jest.


MINUSY:

-> nie cierpię procesu czyszczenia BB. Wiele dziewczyn wspominało, że jest to czynność niezwykle prosta i przyjemna, ja szczerze mówiąc musiałam się trochę napracować żeby podkład czy korektor znikł z jajka. Za dużo zabawy jak dla praktycznej dziewczyny.

-> Aby jajko zwiększyło swoją objętość trzeba nasączyć je wodą. Dla mnie kolejna porażka, woda bardzo wolno się wchłaniała, co dodatkowo rzutowało w efekcie na wydłużenie czasu poświęconego przeze mnie na makijaż. Kiedy w akcie desperacji nakładałam podkład używając do tego osuszonego (nie suchego) BB, podkład był wręcz nie do rozprowadzenia.

-> Na początku zupełnie nie potrafiłam pracować z Beauty Blenderem. Prawdopodobnie było to spowodowane faktem, że wcześniej nie używałam takiej rzeczy i muszę przyznać bez bicia, że nasze "pierwsze zbliżenia" były okupione ogromnym poirytowaniem z mojej strony. Nie umiałam rozprowadzić podkładu, robiłam sobie smugi, w efekcie nanosiłam poprawki palcami, co totalnie mijało się z celem. Z czasem można wypracować sobie pewną taktykę, jeżeli ja sobie z tym poradziłam, to Wy też dacie radę. Natomiast NA PEWNO nie podpiszę się pod opinią, że Beauty Blenderem nakłada się podkład szybko. Na pewno nie w początkowych fazach znajomości. Dla mnie była to żmudna praca.

-> Jajko w ogóle nie jest kompatybilne z moim ulubionym podkładem z Rimmela. Najlepszy na niego sposób? Własne palce. :) Dużo lepiej działa z moim podkładem z Mac.

-> Krótka przydatność, bardzo wysoka cena. Ale o tym wiecie już doskonale.

PLUSY:

-> Największe zaskoczenie Beauty Blenderem? No cóż, nie będę ukrywać, jajko faktycznie przedłuża żywotność makijażu. Specjalnie eksperymentowałam non stop przez dwa tygodnie - jednego dnia nakładałam podkład palcami/pędzlem, drugiego natomiast magicznym jajem. Efekt był taki, że podkład zaaplikowany przy pomocy jajka utrzymywał się dłużej. Miałam też wrażenie, że minimalnie oddziaływał również na wydzielanie sebum. Podkład lepiej się trzymał w związku z czym świecenie się było mniejsze.

-> Precyzja. Jeżeli zależy Wam na tym, żeby dotrzeć do najbardziej problematycznych zakamarków twarzy, jajko pomaga.

-> Ekonomiczność podkładu. Po prostu, używając jajka używacie mniej podkładu, naprawdę niewiele się go marnuje, w odróżnieniu od metody na 'podkładowanie' się palcami :)

-> Skóra po nałożeniu podkładu jajkiem wygląda ładnie. Czasem kiedy nakładam podkład pędzlem lub dłońmi, odnoszę wrażenie, że 'przedobrzyłam', że trochę za dużo. Jajko eliminuje takie ryzyko. Może o to chodzi producentom, którzy obiecują efekt 'hollywood look' :)

Ok, to byłoby na tyle, bilans plusów i minusów należy do Was. Myślę, że BB nie jest niezbędny, zwłaszcza dla osób, które nie zajmują się makijażem profesjonalnie. Czy zakupię produkt po upływie jego terminu przydatności? Nie.


Gdzie możecie kupić? http://www.beautyblender.net.pl/

ściskam,
asia

niedziela, 4 grudnia 2011

z pomarańczą w tle

hej dziewczyny!

cisza w eterze, bo rozchorowałam się totalnie. Przez przytłaczająco większą część tygodnia moje czynności ograniczały się do tych najbardziej podstawowych, co dla człowieka ze stosunkowo dużą energią życiową może okazać się niezwykłym utrapieniem. Wiem, wiem... powinnam była się cieszyć, że wpadnie trochę wolnego, trochę sobie odsapnę, trochę poleniuchuję i właściwie cieszyłabym się, gdybym mogła ten wolny czas w choć najmniejszym stopniu spożytkować na COŚ. Jestem uzależniona od ROBIENIA czegokolwiek, a jak ciało i umysł mi strajkują, to po prostu strasznie się na siebie wkurzam. No ale do konkretów. Oprócz naturalnej niemocy i poddenerwowania nieciekawą sytuacją zdrowotną przez cały tydzień zmuszona byłam obijać się do bólu. Powiem Wam szczerze, że wyłączyłam się nawet ze śledzenia nowości filmikowych i blogowych - mój mózg, z niewiadomych mi przyczyn, zaanonsował  stanowcze NIE w tej materii. Plus jedyny taki, że posprzątałam sobie w szafie i zacerowałam dziurę w golfie. Tak, moje szare komórki zaszalały :)))

Męczyłam się z upierdliwcem do czwartku, w piątek było apogeum (aż się poryczałam trzymając rękę na  rozpalonej głowie i powtarzając sobie w duchu, że zaraz kończy się tydzień a ja czuję się coraz gorzej), w sobotę wreszcie poczułam się JAKOŚ i wzięło mnie na pomarańczę. A wiedzcie, że kiedy mnie bierze na pomarańczę... kończy się to zawsze w jeden i ten sam sposób. A mianowicie:


Nie jestem w stanie zliczyć ile razy widziałam ten film. Z 10 razy? 15? 25? Bardzo możliwe. Bezapelacyjnie traktuje ten film jako mój najukochańszy i z pełną odpowiedzialnością słów przyznaję, że  lepszy jest od swego protoplasty (co raczej się nie zdarza, jeśli jesteście ze starej szkoły :). Jest genialny, piękny, bolesny, idealny. Poczułam emocje, a po mojej tygodniowej inercji  ciała i ducha tego właśnie potrzebowałam najbardziej. Dzięki Stanley!!

Wybaczcie za ten post bez piątej klepki, jeszcze jestem na antybiotykach :))))))))))))))))))))


ściski,
asia

czwartek, 24 listopada 2011

małe zakupy

Hej dziewczyny :))

Czasu nie mam za wiele, jednak nie zmienia to faktu, że na małe zakupy czas znajdzie się ZAWSZE :)
a oto co zakupiłam:

 od lewej: 
* szary komin z H&Mu (polowałam na kominy od dawna, przerażały mnie przede wszystkim ceny, tj. 60 zł wzwyż, przegięcie), ten jest idealny, nie ma zbyt wielu warstw, dzięki czemu nie czuję się jakbym zaraz miała się udusić, a jednocześnie jest cieplutki i bardzo funkcjonalny. Kosztował ok 22 zł. 
*rękawiczki ze Stradivariusa z futerkiem. Długo się wahałam, były bardzo drogie (49zł), jednak to zdobienie w postaci futerka totalnie podbiło moje serce, nie mogłam ich nie wziąć :) są mega mega ciepłe!

od lewej:
*krem do rąk Beauty Milky z Bielendy, zupełnie nie pamiętam ile kosztował, natomiast na bank mniej niż 10 zł. Bardzo przyjemnie pachnie, tak "budyniowo" :)

* Facial Radiance Powder z witaminą C z The Body Shop (w sumie nie wiem czemu powder skoro to płyn:).   Ostatnio kieruje mną jakieś dziwne przeświadczenie, że mojej skórze brak witaminy C. Parę dni temu kupiłam sobie tonik z witaminą C z Bourjois (fantastyczny zresztą) i jakoś od  tej chwili mam mega ciśnienie na tę właśnie witaminkę :) Zobaczymy czy ten specyfik coś zdziała, podobno ma rewelacyjnie rozjaśniać i nawilżać skórę twarzy. Kosztował ok 70zł

*Niedawno skończył mi się krem pod oczy z AA. Lubiłam go, ale poszukiwanie i testowanie nowych kosmetyków to coś ci uwielbiam i rzadko odmawiam sobie tej przyjemności :) Zdecydowałam się na krem pod oczy z serii Nutriganics (która w 98% ma składać się z wyłącznie naturalnych ingredientów), a celem kremu jest wygładzić pierwsze zmarszczki (chlip,chlip:(). Póki co, jestem zadowolona, fajnie się wchłania i jest lekki, dodatkowo lekko odświeża okolice oczu. Koszt. ok 45 zł

Kocham zakupy, tylko niech tej mamony przybędzie!!!
ściskam Was!
asia

poniedziałek, 21 listopada 2011

żyję!!

hej kochane :)

dzisiaj tak na szybko, chciałam Wam jedynie zakomunikować, że żyję i mam się dobrze :) Dodatkowo, mam mnóstwo pomysłów na filmiki dla Was, jednak czas to mój wróg i totalnie nie potrafię dojść z nim do porozumienia, czego efektem jest to, że z niczym się nie wyrabiam :)

a już za jakiś czas na blogu pojawi się recenzja kremu Enzymion z Lusha. Nie ma chyba sensu robić o nim filmiku, natomiast nie chciałabym pozostawiać tego produktu tak zupełnie bez komentarza. Zdradzę jedynie tyle, że na caaaaaaałe mnóstwo obietnic złożonych przez producenta, które, nie ukrywam, tak skutecznie zachęciły mnie do kupna tego kremu, nie spełniło się właściwie nic. A szkoda. 


A poza tym, chciałam Wam ogromnie podziękować za wszystkie wiadomości, które od Was dostaję!! Obiecuję, że sukcesywnie będę starała się na wszystkie odpisywać :)
ściskam Was mocno,
Wasza Asia

wtorek, 8 listopada 2011

coś mnie wzieło na Rimmela :)

Lubię te markę, z drogeryjnych to chyba jedna z moich ulubionych. Myślę, że potrafią zaskoczyć naprawdę dobrą jakością przy względnie akceptowalnych cenach :). Wiecie już, że uwielbiam ich podkład (ostatnio kupiłam już drugie opakowanie), a jakiś czas temu skusiłam się także na tusz do rzęs i korektor.


niedługo postaram się nakręcić filmik z recenzją tych produktów, może nawet dzisiaj :)


natomiast zupełnie nie rozumiem "polityki", którą kieruje się Rimmel przy komponowaniu i numeracji odcieni, przynajmniej z tej serii. True Beige 203 (po prawej), który już prawie zużyłam okazał się być dużo jaśniejszy od Classic Beige 201, który zakupiłam niedawno. Mnie logika podpowiadała, że im niżej numerek, tym jaśniejszy odcień, tym bardziej, że kolor podkładu nr 300 jest już naprawdę super super ciemny. Wiecie o co tu chodzi?



a Wy lubicie kosmetyki Rimmel? macie swoje ulubione?

ściskam i mam nadzieję, że niedługo "zobaczymy" się na youtubie.

wasza asia

czwartek, 3 listopada 2011

mój pierwszy pędzel z Ecotools

Hej piękne!

Wybaczcie, że tak rzadko się pojawiam, zarówno tu jak i na youtubie, nie odpisuję na wiadomości i komentarze, ale od paru dni mam urwanie głowy :( zaczęłam pracę, muszę wstawać o 6 (:((((((((((((((((((((((() i póki co ciężko jest mi się przestawić na ten barbarzyński tryb życia :))

Ale do rzeczy :) Wczoraj przy okazji podstawowych zakupów typu szampon i pasta do zębów, zauważyłam, że w Rossmannie w Galerii "Tęcza" (w Kaliszu:) wprowadzono markę Ecotools. Od długiego czasu "chorowałam" na te pędzle (zwłaszcza kabuki, którego niestety nie było :(), więc po prostu nie mogłam odmówić sobie przyjemności zakupienia choć jednego z nich :) Doszłam do wniosku, że najbardziej optymalnym wyborem będzie dla mnie pędzel do różu. Wygląda on tak:


Póki co, użyłam go raz, przy okazji makijażu porannego, i szczerze Wam powiem, że myślałam, że włosie będzie ciut delikatniejsze :) jest miękkie, natomiast odnoszę wrażenie, że jest baaaardzo sztywne, takie mało giętkie - nie wiem jeszcze czy do wada czy zaleta :) Sam róż aplikowało mi się bardzo dobrze, o ile dobrze można nakładać róż z zamykającymi się oczami :P całe szczęście, że nie narobiłam sobie plam :)




czwartek, 27 października 2011

zapowiedź nowego filmiku :)

Hej ho!


a oto przed Wami stoją bohaterzy najnowszego filmu na mym kanale :)



kto ma pomysł o czym będzie filmik? :))))))

ściskam,
wasza asia

środa, 26 października 2011

eko powidła - eko pycha!

Hej kochani,

dzisiaj post trochę z innej beczki, a mianowicie z beczki kulinarnej :) jestem typem człowieka, który wprost uwielbia różnorakie dżemy, marmolady, konfitury, powidła itp. Będąc dzisiaj w Carrefourze nie mogłam nie udać się do działu właśnie z tymi przysmakami i zupełnie przypadkiem moją uwagę przykuły ekologiczne powidła śliwkowe firmy Symbio.


jak widać skład jest naprawdę super, żadnych ulepszaczy i konserwantów. Jedynie śliwki i cukier trzcinowy :)



mniam, nic tylko pałaszować :) chleb razowy + powidła śliwkowe = pycha!

Jedynym minusem jest cena. Przy gramaturze 240 gramów zapłaciłam za powidła prawie 8 zł, to naprawdę bardzo dużo. Smutne jest to, że dzisiejszym świecie człowiek musi płacić krocie za produkty naturalne, a firmy produkujące żywność ekologiczną zbijają na nas niezłą fortunę :( 

lubicie żywność eko? 

ściskam,
asia

niedziela, 23 października 2011

uwaga! bubel!

Hej dziewczyny!

Na wstępie posta chciałam Wam ogromnie podziękować za wsparcie, którego udzieliłyście mi pod moim ostatnim wpisie. Każda wiadomość od Was była dla mnie powodem do wielkiego uśmiechu i tak naprawdę dzięki całej tej sytuacji zdałam sobie sprawę z tego, że nie warto przejmować się jednostkami, kiedy otacza mnie tyle fantastycznych osób. Dzięki! I obiecuję, że już nie będę smęcić :P

No ale do meritum, parę dni temu, będąc w Tesco, kupiłam sobie masło do twarzy i ciała marki Cztery Pory Roku. Bez bicia przyznaję się, że nie miałam nigdy produktu tej firmy i kupowałam totalnie w ciemno (jak to Asia ma w zwyczaju :). Skusiła mnie przede wszystkim niska cena (ok. 7zł) i fajna kompozycja zapachowa - pomarańcza i masło mango. Ponadto, poszukiwałam czegoś bardziej treściwego niż zwykły balsam do ciała, więc słówko "masło" podziałało na mnie jak wabik.

Dobra, przyznam Wam się, że opakowanie też mnie zachęciło :P wiem, że to porażka, bo w końcu opakowanie to naprawdę podrzędna sprawa, jednak jestem totalną sroką i jeżeli coś połechce mnie estetycznie to przeważnie szanse takiego produktu na to by wylądować w moim koszyku rosną. Załamka!


Składniki aktywne:


* masło shea i mango

*olej kokosowy

*Ekstrakt z papai

O czym zapewnia nas producent?


*Masło do twarzy i ciała o bogatej, kremowej konsystencji. Intensywnie nawilża, natłuszcza i regeneruje skórę. Zawiera naturalne oleje i masła o działaniu nawilżającym, zmiękczającym i pielęgnacyjnym. Przeznaczone do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, nawet bardzo suchej.


No więc tak... pierwsza rzecz, która automatycznie dyskwalifikuje to masło jako przyjemne w użytku jest jego zapach, a raczej... SMRÓD. Masło nie pachnie ani pomarańczami, ani mango, ani kokosem, ani papają. Napiszę prosto i bezpardonowo - wali ohydnym syropem na kaszel. To i tak ogromny eufemizm z mojej
strony :)

Poza tym, według mnie nie jest to do końca konsystencja masła. Może to przez te oleje, które są w nim zawarte, ale mam wrażenie, że produkt ten jest bardziej kremowy niż "masłowy".



Nie wiem też co sądzić o efekcie 'zniewalającego' nawilżenia, który tak ładnie na etykietce opisuje producent.  Według mnie, przy skórze bardzo suchej masło absolutnie nie zdałoby egzaminu, na pewno nie nawilżyłoby tej skóry w zadowalającym stopniu. U mnie z tymi najbardziej przesuszonymi miejscami, czyli kolanami i łokciami nie radzi sobie zupełnie. Natomiast inne partie ciała (a zastrzegam, że moja skóra raczej nie jest sucha, jest normalna) nawilża całkiem w porządku. Chociaż i tak nie mogę znieść tego zapachu :)


skład, jak widać, też nie za ciekawy. Niestety nadal łapię się na tym, że nie spojrzę na skład przed dokonaniem zakupu :(

Mam nadzieje, że przyda Wam się moja recenzja :) Totalnie odradzam kupno tego "masła", nie jestem z niego zadowolona i powiem szczerze, że zużywanie go to dla mnie organoleptyczna katorga :)

ściskam,
asia

piątek, 21 października 2011

o niczym

wiecie co? nie jestem może typem super-hiper wrażliwca, ale czasem, ot tak po prostu po ludzku, robi mi się przykro. Może to nic nadzwyczajnego, może drobnostka, może nie wypada się tak uzewnętrzniać i może nikt nie przeczyta tego posta (najprawdopodobniej), ale najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się dzisiaj przykro.

Totalnie nie rozumiem niektórych ludzi, a dokładnie takich, którzy szukają najmniejszego pretekstu, byle tylko się do czegoś doczepić i sobie ponarzekać "bo nie tak się odpowie", "bo nie takiego słowa się użyje", "bo nie tak się napisze", "bo nie tak się podrapie po nosie", zaczynam czuć się jak w Psychozie!!

może najlepiej byłoby po prostu przerzucić się na bloga i  przestać się stresować tym, że znowu zrobi się coś "nie tak". Wiem, że tak jest i że tak będzie zawsze, ale czy naprawdę warto jest ciągle sobie coś wygadywać? Po co to ? :)

Czas posłuchać 'The Rain Song'.

Śpijcie dobrze,
asia

środa, 19 października 2011

małe i duże zakupy

Co to dużo mówić? Lubię zakupy :)))))))

sweterek ze Stradivariusa, zabił mnie kolor :) oprócz niego był również w odcieniu wściekłego różu. Kosztował ok 100zł. 

malutka torebeczka z New Looka w trudnym do określenia dla mnie kolorze. Pięknie wygląda do mojego jesiennego fioletowo-chabrowego płaszczyka. Kosztowała 49zł. 


pierścionek z Parfois. Według mnie jest przepiękny. Kosztował 19.90 zł. 


wreszcie jest! moja ukochana cytrynka :) wczoraj pierwszy raz zaparkowałam w naszym garażu (do którego wjazd jest mega trudny), nawet nie wiecie jak mnie duma rozpierała :) Uwielbiam jazdę samochodem!

Jak Wam się podoba mój mini haul? W nocy będę wgrywać nowy filmik, gadam w nim trochę o rozdaniu i pokrótce recenzuję żelowy podkład Rimmel. 

buziaki,
asia

wtorek, 18 października 2011

ważna sprawa, ważny cel

Kochane, 

dzisiaj na poważnie i o poważnych sprawach. Los zwierząt nigdy nie był mi obojętny, na ile jest to możliwe zawsze próbuję angażować się w akcje mające na celu walkę o prawa i dobro zwierząt. Parę dni temu jedna z moich widzek przekazała mi informację dotyczącą pewnej kampanii organizowanej przez Trilogy, której celem jest ratowanie orangutanów na Borneo. Wiem, że temat może wydawać się Wam odległy, ale gdy zastanowimy się z jakim okrucieństwem spotykają się bądź co bądź nasi najbliżsi człekokształtni krewni, myślę, że natychmiast uaktywnia się w nas chęć pomocy. Jedyne co musicie zrobić to wpisać swoje imię, a wówczas firma Trilogy przekaże dolara na rzecz fundacji zajmującej się ochroną orangutanów. Oczywiście Wy nic za to nie płacicie!





WAŻNE LINKI: 


blog, na którym znajdziecie szczegóły dotyczące całej akcji: 


http://www.thetruthaboutbeauty.co.uk/charitable-concerns/help-save-orangutans-in-borneo-with-trilogy.html

oficjalna strona Trilogy:


www.trilogyproducts.com/


tutaj wpisujecie swoje imię:


http://pledge.trilogyproducts.com




mam nadzieję, że pomożecie, jeden dolar to ok. 3 złotych, niewiele, a jak wiele może zdziałać!!!


asia

help!

hej dziewczyny,

dzisiaj post nietypowy, bo zwracam się do Was o pomoc! przy okazji porządków w szafie wygrzebałam taką oto "narzutkę" z Topshopu. Kupiłam ją już jakiś czas temu i totalnie o niej zapomniałam. Niewątpliwie jest to jedna z najładniejszych rzeczy jakie posiadam i trochę mi smutno, że tak zalega w szafie :( Natomiast mój problem polega na tym, że totalnie nie mam na nią pomysłu, nie wiem z czym ją zestawić, jak dobrać do niej kolory innych ciuchów żeby wszystko ładnie się komponowało. Może Wy macie jakieś pomysły?




Jak widzicie, narzutka ma naprawdę przepiękne zdobienie na plecach, jest ono wykonane z delikatnej koronki, której łączenia stanowią urocze kwiatki. Materiał na rękawach i przodzie jest bardzo delikatny, dokładnie nie wiem co to, dawno wycięłam już metkę. 

Zupełnie nie mam pomysłu na ten ciuch, nie wiem na jakie okazje się nadaję i mam wrażenie, że totalnie nie pasuje do ubrań, które mam. Może Wam wpadnie do głowy jakaś ciekawa propozycja? 


czekam!
asia

poniedziałek, 17 października 2011

TAG: Tell me about yourself award

Hej ho!

dzisiaj zapraszam Was na tag, pierwszy tutaj na blogu :) no to jadziem!



Zasady:
- napisz kto przyznał Ci nagrodę 
- napisz 7 przypadkowych faktów o sobie
 - nominuj 15 blogerek 

Zatagowała mnie Katalina, dzięki kochana! (prawdopodobnie ktoś już wcześniej wytypował mnie do tego tagu, nie pamiętam niestety, wybaczcie mi proszę!!)


1. Z moim partnerem poznałam się w pubie (romantycznie, co nie? :P) i podobno to ja go podrywałam, ha! Asia zdobywca :D


2. Podoba mi się męski styl u kobiet (garnitury, mokasyny,  marynarki, luźne spodnie, obszerne koszule), nigdy jakoś szczególnie nie byłam zafiksowana na podkreślanie "kobiecości" w takim najbardziej stereotypowym pojęciu (szpilki, spódniczki, dekolty itp.), choć nie mówię, czasem i na to mam fazy :)


3. Uwielbiam podróżować, przemieszczać się, nie wysiedzę za długo w jednym miejscu, jeżeli mam możliwość - pojadę wszędzie, choćby jutro do Buenos Aires :P jakiś sponsor? :P


4. Miałam kiedyś ogromną zajawkę na kulturę żydowską.


5. Skończyłam dwie specjalizacje na filologii angielskiej: "film, media, teatr" i nauczycielską. 


6. Jestem feministką i... kocham facetów :) 


7. Moją najlepszą i zarazem jedyną przyjaciółką jest moja mama. 


Kochane moje, taguję wszystkie z Was które mają ochotę zrobić ten tag, nie chcę nikogo konkretnego wymieniać, bo możliwe, że wszystkie z Was już go zrobiły i że to ja uporałam się z nim jako  ostatnia. Zapraszam do zabawy!

ściskam,
asia

sobota, 15 października 2011

tajemnica dobrego humoru

Często pytacie mnie co robię, że jestem pogodna, wesoła, tryskam energią, mam pozytywne nastawienie do świata. Rzecz jasna to nie jest tak, że Asia chodzi 24/7 uśmiechnięta od ucha do ucha, o nie nie :) Mam swoje ups and downs - tak jak każdy. Podczas tych gorszych chwil, zawsze próbuję się uspokoić, odrzucić emocje, marazm i skupić na zdaniu, które powtarzam niczym mantrę: "będzie dobrze". W uzyskaniu takiego spokoju i harmonii pomaga mi jedna z najpiękniejszych piosenek Led Zeppelin. Oto i ona The Rain Song  :)  najlepszy sposób na poprawę humoru :) powodzenia!


ściskam,
asia

czwartek, 13 października 2011

pierścionkowo :)

Hej :)

Lubię biżuterię, jestem typową biżuteryjną gadżeciarą i może nie obwieszam się milionami ozdób, ale nie lubię wychodzić z domu zupełnie bez żadnej pierdółki. Jeszcze rok, dwa lata temu byłam totalnie antypierścionkowa, nie lubiłam, uważałam to za mało praktyczne, natomiast chyba odkąd zaczęłam oglądać filmiki na youtube i obserwować różnorakie precjoza na dłoniach dziewczyn zobaczyłam jak pięknie mogą prezentować się pierścionki. Moja kolekcja nie jest zabójczo obszerna, ale zapewniam Was, jej rozmiary ustawicznie rosną :))))
a jak je przechowuję? muszę je widzieć, w przeciwnym wypadku zapominam, że w ogóle je mam :)



a Wy jak przechowujecie swoje skarby?

buziak,
asia


wtorek, 11 października 2011

judgement day :) Kosmetyki firmy AA OCEANIC, seria dla skóry wrażliwej 20+

Czas najwyższy napisać parę słów o produktach przesłanych mi przez firmę AA. Kosmetyki testuje mniej więcej od miesiąca - jedne dłużej, inne trochę krócej. Filmik z recenzją powinien niedługo się pojawić na moim kanale, a ja tym czasem pokrótce w notce przedstawię Wam moje wrażenia.

1. Wielki plus za to, że kosmetyki są ekologiczne, nie posiadają w swoim składzie alergenów, parabenów i sztucznych barwników.


2. Cena- kosmetyki AA nie powalają ogromnymi cenami, według mnie dostajemy naprawdę porządne kosmetyki pielęgnacyjne w bardzo przystępnej cenie.


3. Skład- świetne połączenie organicznej wody z bławatka, pestek dyni, masła karite i gliceryny.


4. Przyjemny, delikatny, niedominujący zapach.



  • Moim niekwestionowanym faworytem całego zestawu jest płyn micelarny. Świetnie poradził sobie z demakijażem skóry i oczu, nie pozostawił smug, nie podrażnił. Uwielbiam wszystkie micele firmy AA, uważam, że są to najlepsze i najbardziej korzystne cenowo płyny micelarne dostępne na rynku. Pojemność: 250 ml. 

to już niestety puste opakowanie, obecnie używam micela z serii dla skóry bardzo suchej z dodatkiem kwasu hialuronowego, również jest fantastyczny!!




  • Kolejny produkt w którym się zakochałam to rozjaśniająco-nawilżający krem pod oczy. Używam go i na noc i na dzień, fajnie się wchłania i cudownie relaksuje moje przesuszone okolice oczu. W sumie nie wiem czemu nie wylądował w ulubieńcach września, wiem na 100%, że nie będzie to moje ostatnie opakowanie. Pojemność: 15 ml. 

  • Niestety totalnie nie sprawdził się u mnie nawilżający żel do mycia twarzy. Jest to produkt dla mnie stanowczo za delikatny i nie nadający się zupełnie do pielęgnacji skóry tłustej. Wydaję mi się, że ten żel były idealny dla wrażliwców o cerze suchej, ewentualnie mieszanej, ale jeżeli o mnie chodzi, moja skóra dobrze czuje się po żelach mocnych, takich jak np. Vichy Normaderm. Plusem żelu z AA jest niewątpliwie to, że nie przesusza i delikatnie wygładza. Polecam gorąco osobom o cerze suchej, odradzam osobom o cerze tłustej. Pojemność: 150ml. 

  • Kolejnymi produktami były kremy na dzień i na noc. Kremów, szczerze powiedziawszy, byłam najbardziej ciekawa i zadowolenie moje jest połowiczne.




  •  Aktywnie nawilżający krem na dzień sprawdził się mi fenomenalnie, według mnie jest idealnym kremem dziennym dla "tłuściochów" - nawilża skórę, ale nie wzmaga błyszczenia, odżywia, ale nie zapycha. Jest to krem lekki, o fajnej zbitej konsystencji, dobrze rozprowadzający się. Nie przeciąża naszej skóry, delikatnie ją zabezpiecza przed czynnikami zewnętrznymi, skóra po nim wygląda ładnie i świeżo. Ponadto dobrze sprawdza się jako baza pod makijaż. Z pewnością zakupię go ponownie. Pojemność: 50ml. 

  • Niestety krem na noc trochę mnie rozczarował. Faktem jest, że jest to krem fajnie nawilżający, odżywiający skórę, choć na pewno nie jest tak odżywczy jak krem Skinergetic z Biotherm, który a propos jest najbardziej bogatym kremem jaki kiedykolwiek miałam (a przy tym nie zapycha!). Na pewno nie powoduje żadnych podrażnień, nie powiedziałabym również, że tę skórę przeciąża, skóra po kremie ma ładny wygląd. Natomiast samo obcowanie z kremem okazało się być dla mnie katorgą. Nie spotkałam jeszcze w swoim życiu takiego kremu, który po zetknięciu ze skórą twarzy był tak paskudnie tępy. Zupełnie nie chciał się rozprowadził, bardzo długo się wchłaniał, a po wchłonięciu miałam przez chwilę wrażenie jakby skóra była zmatowiona (na szczęście po paru minutach takie uczucie mija). Ponadto, według mnie krem jest stosunkowo niewydajny (choć stosuję go najkrócej, to najwięcej mi go ubyło), nie lubię też konsystencji tego kremu, niby jest zbity, a mam wrażenie, że odrobinę lejący, wodnisty. Natomiast zapach, tak jak w przypadku pozostałych kosmetyków z tej serii, jest przewspaniały! 




Ok, to byłoby na tyle, w razie jakiś pytań, piszcie do mnie!
Ściskam,
asia

niedziela, 9 października 2011

jesienne paznokcie

Wiecie co, lubię jesień... ten moment wycofania, moment spokoju, kiedy człowiek nie ma poczucia marnotrawienia czasu i energii kiedy leży na łóżku z kubkiem gorącej herbaty. A żeby nie było tak totalnie bezczynnie dzisiaj, pomalowałam paznokcie :)

Podoba Wam się? to jakiś stary lakier Astor (nr 15), ładna zgaszona czerwień opalizująca na złoto. Bardzo podobny widziałam niedawno w Inglocie, już już miałam go kupić, ale rozsądek kazał mi się powstrzymać :) i jak się okazało - dobrze! dziewczyny, nie kupujcie nowych lakierów, przeszukujcie swoje kolekcje, może ich czeluści kryją w sobie takie odcienie, które ładnie zagrają z obecnie panującymi trendami ? :)

Poza tym przeglądam sobie Asos i poszukuję jakiegoś fajnego szalika/komina, którym można się opatulić, póki co ten przykuł moją uwagę: 

źródło: Asos.com

co o nim myślicie? :)


ściskam Was,
asia

sobota, 8 października 2011

moje ulubione cienie Mac



Hej dziewczyny,

dzisiaj trochę o cieniach Mac. Samą firmą interesowałam się długo przed moją przygodą z youtubem, natomiast nie będę ukrywać, że najpiękniejsze kolory, które nota bene zostały moimi faworytami, odkryłam właśnie dzięki portalowi. Dzisiaj przedstawię Wam 5 cieni, które według mnie zasługują na uwagę i śmiało mogę powiedzieć, że to właśnie po nie sięgam najczęściej robiąc makijaż :)


tak wygląda całą paletka w środku

od górnego lewego rogu: Crystal, Naked Lunch, Gleam, Shroom, Silver Ring, 
Da Bling, Swish, Shale, Satin Taupe, Scene
Sketch

Zaznaczę tylko, że nie 'kolekcjonuję' tych cieni jakoś na siłę po to tylko żeby wypełnić paletkę. Staram się by cienie się nie dublowały (te dwa podobne róże to pomyłka z przeszłości, kiedy jeszcze nie wiedziałam co z czym się je:), i naprawdę nie potrzebuję 10000 odcieni brązu czy nude. Wystarczy mi to co mam :) 

A teraz, nie przedłużając, moje top 5 :)


1. Naked Lunch, dla mnie to cień bazowy, ciepły, lekko wpadający w złoto i róż, pasujący właściwie do wszystkich tęczówek. Czasem nakładam go na całą powiekę, a czasem tylko do załamania. Zdecydowanie jest to cień, który zakupię ponownie:  


2. Satin Taupe, pięknie opalizujący brązowo-fioletowy cień z domieszką delikatnego złota. Za to własnie lubię Maca, żaden ich cień nie jest ani 100% brązem, ani 100% fioletem, ten brak oczywistości kolorystycznej tak bardzo mnie urzeka :) 


3. Shroom, według mnie idealny cień rozświetlający (nadawać się też może do podkreślania kości policzkowych), ładny, nieprzekombinowany, chłodny odcień bardzo jasnego beżu, opalizujący lekko na kolor srebra, posiadający mikroskopijne, bardzo wysmakowane drobinki. 



4. Shale, osobiście wydaję mi się, że jest to mega niedoceniony cień, najpewniej za sprawą Satin Taupe, ponieważ są to cienie kolorystycznie całkiem do siebie podobne. Niemniej, ja ten cień uwielbiam, według mnie jest od Satin Taupe subtelniejszy, wpadający bardziej w fiolet niż w brąz, choć też jest to kolor bardzo trudny do zdefiniowania. Posiada maleńkie srebrne drobinki, opalizuje delikatnie na różowo.




5. Scene, jak dla mnie idealny cień do fajnego, codziennego, niebrązowego smoky. Scene jest to kolorystycznie chyba najbardziej 'płaski' cień macowski, jest w 100% matowy i właściwie dość łatwy do określenia, nazwałabym go klasyczną szarością wpadającą delikatnie w grafit/popiel. Lubię go, bo kiedy mam ochotę na prosty makijaż sięgam przeważnie po niego. Pięknie komponuję się z Crystal i wszelkimi innymi chłodnymi odcieniami. Jedynym jego mankamentem może być to, że nie jest bardzo napigmentowany, ale rozciera się fantastycznie!


Na pewno pojawi się jeszcze filmik o całej paletce, tu przedstawiłam Wam moje ulubione, najczęściej używane cienie :) Gdyby ktoś decydował się na swój pierwszy zakup cieni Mac i chciałby ograniczyć się do minimum, to zasugerowałabym mu kupno pierwszej trójki tu przedstawionych. Według mnie to optymalny wybór i bardzo uniwersalny zestaw cieni :)

Ściskam,
wasza Asia